Strona 239
Scena II
Kurtyna:
Najprzód proszę przeczytać, co Zielona Gęś na moim zielonym pluszu wypisała:
.1 MINĘŁY TRzY DŁUGIE MIESIĄCE, LEW JAK KAMIEŃ W WODĘ I NAGLE…
(podnosi się)
Społeczeństwo:
Ach! Ach! Ach! Na Jowisza!
sunie postać, wciąż bliższa,
patrzę, przecieram oczy,
a to właśnie Lew kroczy,
dawniej chudy jak szczapa,
dziś tłusty jak kanapa!
Nawet krawat i buty!
Powiedz, Lwie, gdzieś tak utył?
Lew
(prozq, z uwzględnieniem ortografii):
Ano cóż, konsumowało się w międzyczasie to i owo. Co proszę? Chwileczkę! Oto menu potraw, które skonsumowało się w międzyczasie:
Menu
Kawiarniany inteligent w cieście . . 400 razy
Lunatyczki z pretensjami 2 razy
Mistyk dc yolaille 85 razy
Megaloman na szaro 21 razy
Śpiące królewny w sosie ogólnym . 100 razy
Śpiący dyrektor z wody raz
itp.
Społeczeństwo:
A ciekawe, żeśmy braku tych facetów i facetek zupełnie nie zauważyli.
Strona 240
Kurtyna:
Bardzo ciekawe.
nie opada absolutnie,
ponieważ w chwili gdy piszemy te słowa,
Publiczność w dalszym ciągu oklaskuje Fafika w jego nowej, nieporównanej kreacji
1950
Ps.
Do ludności
We wszelkich sprawach repertuarowych i innych uprasza się o nie- telefonowanie pod numer mojego sąsiada
WŁADYSŁAWA BIsoNuwSKuuo
ponieważ tego rodzaju własnowolne telefony narażają PT. Rozmówców na impertynencje.
(-) Ze!ona Gęs (telefonu nie ma)
Teatrzyk “Zielona Gęś”
ma zaszczyt przedstawić
Bajkę Ezopa
pt.
“Osiol i jego cień”
Podróżny
(na Ośle, za plecasai W”laścicieia, od krńrego Osia wynajeł jako środek lokomocji):
Słońce w zenicie. Ani jednej chmurki. Ani jednego drzewa na horyzoncie. Gdzie tu, jak tu odpocząć?
(zamysla się)
Strona 241
Wiem!
(każe wstrzymać Osła jego Właścicielowi i układa się na spoczynek w cieniu Osła)
WłacicieI:
Ach, ty spryciarzu, won natychmiast z tego cienia, t cień jest dla mnie! Ja wynająłem osła bez cienia,
(usiłuje ułożyć się w cieniu Osła)
Strona 242
Podróżny:
Precz, łachudro, chałwiarzu! Jeśli j
ciebie, to znaczy się ze wszystkim
i z cieniem. Nie ruszę się z miejsca
(nie rzesza się z miejsca)
Strona 243
Osioł:
(korzystając z zamieszania
horyzoncie)
Morał
CZASEM O
CZLOWJ
A Żyr
KurY
195L.
Strona 244
Szanowny Obywatelu Redaktorze!
W sprawie organizacji
życia kulturalnego w Krakowie
Byłem na “Wilkach w nocy” i przede wszystkim dorożkarz, który okazał się być repatriowanym kapralem I Polskiej Dywizji Pancernej z Holandii, nie mial zielonego pojęcia, gdzie jest Teatr Słowackiego, i czterokrotnie dowoził nas pod teatr, i czterokrotnie wiózł nas z powrotem gdzie indziej, bo się okazało, że przed Teatrem Słowackiego stoi Fredro (w postaci smutnej głowy nad czymś w rodzaju bieliźniarki, czyli że już tu jest coś, Panie Redaktorze, nie w porządku!), więc, że to go, powiada, zmyliło; chyba żeby Słowacki tak się zmienił podczas okupacji, ale to nas jeszcze nie zraziło i wreszcie weszliśmy do naszej loży w drugim akcie w momencie, gdy przystojny morderca kupca Rylskiego przewraca się na podłogę i wzbudza współczucie oraz miłość psychiczną żony prokuratora, oraz zaznaczam, że całe nasze towarzystwo składało się z ludzi nadszarpniętych nerwowo na skutek przeżyć wojennych i spektal teatralny nie dostarczał nam tej szlachetnej uciechy, co kiedyś, tylko cały czas denerwowaliśmy się, a mój kolega Klapiszewski w ogóle cały trzeci akt spędził przed tym małym lusterkiem, co wisiało w loży, i oglądał sobie język, świecąc zapałkami, a Józia to, nie wiem czemu, zaniepokoiło i zaraz wstał, i zaczął pić coraminę, zresztą Józio coraminę już pil w dorożce, bo te wstrząsy, mówił, go denerwują, a potem do
Strona 245
naszej loży weszła staruszka i na cały głos opowiadała swoje przeżycia wojenne i że jej zęby spłonęły u dentysty podczas bombardowania Pomiechówka, więc już nic nie rozumieliśmy, co się dzieje na scenie, apotem jakiś ignorant zawołał “Autor!” i nikt jakoś nie zaryzykował, więc ja wstałem przez grzeczność i kłaniałem się grzecznie, a wtedy studenci porwali mnie na ręce i donieśli w entuzjazmie aż do Łaźni Miejskiej, a żona Józia powiedziała, że na żadne ciastka nie pójdzie, że ona w ogóle żałuje, że poszła do teatru, że ona najlepiej czuje się na cmentarzu, czyli że obcowanie z tymi rzeczami ją najbardziej uspokaja. Słowem cbaotyczny wieczór. Panie Redaktorze, chciałem uczciwie zarabiać na chleb i żyć życiem kulturalnym, ale ja chaosu nie toleruję i ja twierdzę, i ja żądam, żeby życie kulturalne u nas było zorganizowane nie tylko na szczeblu ministerialnymi wojewódzkim, ale przede wszystkim w ramach zwykłego udania się grupy towarzyskiej do teatru, czyli że chodziłoby o energiczniejsze zaciśnięcie tasiemki prawdziwej kultury na percypujących biodrach konsumenta, że się tak wyrażę naukowo.
Karakuliambro
1946
Szanowny Obywatelu Redaktorze!
Niebezpieczeństwa realizmu
W jednym ze starych nr nr “Przekroju” przeczytałem sobie na głos światły i jakże (zaznaczam, że zawsze czytam na głos) trałhy apel p. obywatela Sandauera do poetów, żeby ci poeci nie tylko teoretycznie dążyli do kontaktu z życiem, ale istotnie ci poeci to życie obserwowali. Otóż zaznaczam, że istotnie jestem poetą, na co na żądanie Redakcji mogę przedstawić odpowiednie zaświadczenie z okrągłą pieczątką. Zaznaczam, że mieszkamy na parterze, to znaczy ja i ten czerwony kolejarz.
Strona 246
Kolejarz ma czerwoną napuchniętą twarz, nie chce płacić za windę (my mieszkamy na parterze, a musimy płacić za windę kolektywnie, dlaczego?!) i ciągle ryczy słowami bez związku. Dopiero się uspokaja, jak do niego przychodzi jedna pani. Oczywiście, że mnie to zainteresowało, dlaczego? Więc dyskretnie zacząłem obserwować życie przez dziurkę od klucza. Wtedy kolejarz się zorientował i pobił mnie w sposób bestialski jako tzw. osobę trzecią, względnie nie należącą do Dyrekcji. Posiadam cały szereg obrażeń cielesnych II i III stopnia oraz rany szarpane, cięte i dęte. A kolejarz jeździ i w dalszym ciągu nie płaci kolektywnie za używalność windy, choć zaznaczam, że istotnie mieszkamy na parterze.
Zapytuję więc p. ob. Sandauera, czy, jeżeli zostałem pobity przez kolejarza, którego obserwowałem w imię realizmu, mogę kontynuować z uwagi na bestialstwo? Czy przy takim braku zrozumienia i zachęty ze strony społeczeństwa wpłyniemy, my poeci, na faktyczne fale realizmu?
Śmiem wątpić.
Dwa złote polskie na strajkujące dzieci freblówce (nie piszę “w freblówce” z uwagi na przykry dźwięk, który powstaje automatycznie) pani profesorowej Konopackiej załączam i proszę złotego reszty.
Karakuliambro
1946
Szanowny Panie Redaktorze!
Prof. Bączyński wraca do kraju
Stosownie do informacji listownych otrzymanych przez moją znakomitą Kuzynkę, obywatelkę Pasławę Domosławską, prof. Bączyński po stoczeniu walki z sobą wraca do kraju. Prof. Bączyński przez sześć lat pobytu na obczyźnie oddawał się w dalszym ciągu badaniom, poszukiwaniom oraz nostalgii.
Strona 247
Ale go to nie złamało i prof. Bączyński wraca, wprost przeciwnie, pogłębiony. Prof. Bączyński wraca do rodzinnych Katowic i jest kuzynem poety-katowiczanina Prutkowskiego oraz wielu innych. Wielokrotnie zamieszczany w “Stratach kultury polskiej”, które z takim zacięciem prowadzi “Tygodnik Powszecbny”, prof. Bączyński nie dał za wygraną i wraca do nas, żeby być z nami. W wywiadzie udzielonym agencji “United Prim” prof. Bączyński powiedział krótko: “Wracam”. Kiedy przedstawiciel antypolsko nastawionej agencji zapytał “po co”, prof. Bączyński podobno nic nie odpowiedział.
Zarobki uczonych
Zauważyłem po powrocie do kraju, że nasi uczeni częściej niż ongi występują w radio, czyli, że się tak metaforycznie wyrażę, częściej bujają się na falach eteru. I to nie tylko w audycjach o charakterze ściśle naukowym, ale również w programach (horribile dictu!) frywolnych. Cóż jest przyczyną tego zjawiska? Nagła miłość do radiofonii czy, mówiąc brutalnie, specyficzny brak gotówki?
Jakkolwiek jest, przyznam się, że gdy czytam w gazecie:
“Wesoła Piątka i rektor uniwersytetu w swym wypróbowanym repertuarze”, że przyprawia mnie to, Panie Redaktorze, o specyficzne zasępienie.
Problem tekstylny
O materiały trudno, to znaczy nie tyle trudno, ile drogo. Co tu ukrywać- nie dla naszego brata. Ale od czegoż pomysłowość, ta córka optymizmu! Proszę posłuchać: normalny obywatel potrzebuje do zalatwiania interesów przyzwoitej marynarki i przyzwoitych spodni. Kapelusz w naszych czasach jest przeżytkiem i nb. w niektórych naukowo stwierdzonych wypadkach prowadzi do specyficznego wyłysienia. Pytam: po co te wszystkie zabiegi o marynarkę, o spodnie, o kapelusz? Czyż nie można by wprowadzić mody na szlafrok spacerowy? Szlafrok mojego pomysłu okrywałby szczelnie koszulę i - przepraszam panią - kalesony. W zimie na wacie, w lecie bez waty. Na co dzień szary, na święto w kwiaty. Niezastąpiony fenomenalny szlafrok genialny, uniwersalny.
Strona 248
Każdy z nas przecież posiada dostęp do jakiegoś strychu, a na strychu zawsze można znaleźć starą, zapomnianą kotarę. Wyżej wzmiankowana kotara nadaje się idealnie. Trzy śmiale cięcia nożycami, igiełka, niteczka i szlafrok gotowy. Oczywiście, że defilada pracowników miejskich w różowych szlafrokach nie byłaby pozbawiona specyficznego komizmu. Ale - śmiech to zdrowie.
Nb. Ze względu na niewątpliwe zwycięstwo nad Niemcami należałoby słowo “szlafrok” zmienić na, powiedzmy, “śnipłaszcz”. Za inne, bardziej pomysłowe sugestie będę moim Czytelnikom jak zwykle bardzo obowiązany.
W sprawie. kłótni o rogatywkę
Po wieloletnim pobycie za granicą niestety stwierdzam, że Polacy w dalszym ciągu nie potrafią zgodnie współżyć arii też szybko dogadać się w najbłahszej sprawie:
Oto, jak widzę, nie ma końca nowej kłótni na tematy kapelusznicze: rogatywka z czterema rogami czy okrągła czapka ze sztywnym denkiem. Naród już dzieli się na nowe dwie partie:
za rogami i za denkiem. Smutne, ale prawdziwe. Otóż: jako wzorowy ojciec rodziny i specjalista od zgodnego współżycia Z otoczeniem, zapytuję, czy tej irytującej sprawy nie można by załatwić w sposób kompromisowy? Można by przecie przy odrobinie dobrej woli wprowadzić okrągłą czapkę z dwoma rogami; albo rogatywkę ze zręcznie zamaskowanym sztywnym denkiem. Byłby wilk syty i owca cała, a za granicą mieliby o nas zaraz. inne wyobrażenie.
Karakuliambro
1946